Gazeta Wyborcza pisze, że prywatne przedszkole przyjęło niepełnosprawnego chłopca, ale od jesieni nie zorganizowało mu zajęć ze specjalistami, choć z miasta dostaje na nie 3,8 tys. zł dotacji. Urzędnicy Miasta rozkładają ręce, bo choć dają dotacje, to nie mogą skontrolować, jak prywatne placówki wydają te pieniądze.

 

Rodzina przeprowadziła się do Ursusa w zeszłym roku, już po rekrutacji do miejskich przedszkoli. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem był znalezienie prywatnej placówki i rodzice taką znaleźli (dziecko cierpi na autyzm, zaburzenia integracji sensorycznej i padaczkę). Pani dyrektor obiecała, że zapewni wszystkich specjalistów, mówiła też, że we wrześniu zacznie działać sala do integracji sensorycznej.

 

I w zasadzie na tym się skończyło, bo dziecko nie ma zapewnionego kształcenia specjalnego, a przedszkole postarało się o specjalnego pedagoga. Chcąc rozwiązać problem z przedszkolem, rodzice udali się do urzędu miasta, a tam dowiedzieli się z kolei, że przedszkole na ich dziecko dostaje 3,8 tys. zł miesięcznej dotacji. Niestety urząd miasta nie może skontrolować, czy przedszkole wydaje dotację zgodnie z przeznaczenie, bo to leży w kompetencji kuratorium oświaty.

 

Cytowana przez gazetę Agnieszka Niedźwiedzka z projektu Wszystko Jasne mówi, że rodzice podpisując umowę z prywatnym przedszkolem od razu powinni negocjować aneks do umowy z opisem wsparcia, które dziecko dostanie. Jeśli przedszkole nie wywiąże się z zapewnienia kształcenia specjalnego – zgodnie z zapisami orzeczenia o kształceniu specjalnym – to łamie prawo oświatowe.

 

Obecnie miesięczne stawki dotacji wynoszą od 1650 do 3919 zł, zależnie od rodzaju niepełnosprawności dziecka.

 

// Małgorzata Zubik, Warszawa. Przedszkole wzięło dotację, ale nie zorganizowało terapii dla przedszkolaka, Gazeta Wyborcza, 9 marzec 2016