Praca, to dobro powszechnie szukane i szanowane. Mieć pracę dobrą i dobrze płatną, to jedno z marzeń z ludzi. Nie dosyć, że wykonujesz to co lubisz, to jeszcze ci za to płacą. Ale osób, którzy mogą powiedzieć, że praca dla nich to drugi dom nie jest dużo, choć niewątpliwie spędzają tam sporo czasu.

Dobry pracownik dla firmy, to taki co chce mało i aby dużo pracował, no i nie narzekał. Dla pracodawcy zatrudnienie na umowę o pracę to olbrzymie koszty i masa formalności. Choć pracownik zarabia najniższą średnią krajową (w 2010 roku 1317 zł brutto), dla firmy to wydatek ponad 2000 zł. Ale to nie wszystko.

Niestety prawo pracy, to spuścizna po poprzednie epoce, która z firm zrobiła coś na zasadzie instytucji socjalnej – urlopy płatne, fundusz świadczeń socjalnych itp., a to przecież jeszcze bardziej podnosi koszt pracy. Rzeczą naturalną jest, że każdy chlebodawca (to określenie jest błędne, ale tak mówi) chce za wszelka cenę ograniczyć owe koszty, poprzez działania mniej lub bardziej nielegalne. Stawka jest duża: spore oszczędności i mniej obowiązków.

Istnieje kilka sposobów wykorzystywanych przez firmy, dzięki którym mogą ograniczyć koszty płacowe. Niektórzy zapewne to odczuli na własnej skórze, więc dla nich nie będzie to żadne zaskoczenie.

 

Praca w nadgodzinach przy udziale agencji pośrednictwa pracy

 

Normalny dzień pracy to 8 godzin. Ale czasem zdarza się, że są dodatkowe zamówienia i pracownik musi zostać dłużej. Skoro zostaje dłużej pond limit, to również ekstra trzeba mu za to zapłacić.

Kodeks pracy przewiduje, że za każdą godzinę pracy przepracowaną w godzinach nadliczbowych pracownikowi należy się oprócz normalnego wynagrodzenia, specjalny dodatek, który wynosi 100 proc. wynagrodzenia - za pracę w godzinach nadliczbowych przypadających w nocy, niedziele lub święta. W każdym innym dniu ekstra stawka wynosi 50 proc.

Ale „mądrzy” pracodawcy wpadli na nielegalny pomysł. Co płacić pracownikowi za nadgodziny nadliczbowe, skoro można go zatrudnić za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej. W tym celu pracownicy danej firmy, rejestrują się w agencji. Pracodawca przychodzi do agencji i wynajmuje … swoich pracowników etatowych do pracy w godzinach nadliczbowych – wtedy taki pracodawca nazywa się pracodawca-użytkownik.

Agencja co prawda ma obowiązek zatrudnić takiego pracownika na umowę o pracę i odprowadzać za niego składki ubezpieczeniowe, ale ta też wpadła na pomysł. Skoro pracownik już ma tytuł do ubezpieczenia to nie trzeba za niego opłacać składek ubezpieczeniowych, tylko składki zdrowotne.

To jest błąd. Tu, zarówno pracodawca popełnia wykroczenia przeciwko pracownikowi, jak również agencja pośrednictwa pracy. Ale oba podmioty zyskują (pracodawca i agencja) kosztem pracownika. To i tak dobrze, bo czasem zdarza się, że pracownik pracuje w nadgodzinach bez wynagrodzenia.

 

Umowa o dzieło, czyli współczesna forma niewolnictwa

Umowa o dzieło, jak sama nazwa wskazuje, dotyczy wykonania jakiegoś dzieła (np. rzeźby, utworu). Ten rodzaj umowy jest stosowany odnośnie freelancerów, czyli osób wolnego zawodu. Są to osoby, które pracują na własny rachunek, nie lubią nadzoru i tego, że mają narzucona wolę innych. Dostają zlecenie i z niego się rozliczają.

Są trzy rodzaje ustalania kosztów w umowie o dzieło: zryczałtowane w wysokości 20 proc., rzeczywiste koszty wykonania dzieła na podstawie faktur, zryczałtowane w wysokości 50 proc.

Przy umowie o dzieło nie są opłacane składki na ubezpieczenie społeczne, ani składki zdrowotne. Nie ma problemu, kiedy freelanceer zarabia po parę tysięcy na umowie – sam sobie opłaci co trzeba. Problem zaczyna się, kiedy zlecający płaci najniższą pensję – na starość nie masz emerytury i trzeba się modlić, aby zdrowie dopisywało, no bo przecież nie opłacasz składki na ubezpieczenie zdrowotne i nie masz prawa do opieki lekarskiej.

I tu jest kolejny sposób na ograniczenie kosztów. Po co zatrudniać na umowę o pracę, skoro bez formalności można mieć kogoś na umowę o dzieło, który będzie w dodatku wykonywał czynności pracownicze.

Umowę można nazywać jak się chce – o dzieło, zlecenia itd. ale jeśli wykonywana praca spełnia pewne warunki formalne (pracę wykonujesz w wyznaczonych godzinach pod nadzorem), to każdy sąd pracy przekształci umowę cywilnoprawną w umowę o pracę. Tylko najpierw ktoś musiałby się tym zająć. Skoro ktoś zgadza się (nie ma wyboru) na bycie niewolnikiem, to później się nie narzeka.

Tym sposobem pracodawca ma pracownika, choć formalnie go nie ma.

 

Umowa o pracę – wszystko finansujesz

 

Umowa o pracę jest najbardziej pożądaną forma zatrudnienia. Pracownik ma opłacane składki, dodatkowe przywileje i trudniej go zwolnić. Ale i tu sprytni pracodawcy mogą sporo zaoszczędzić.

Przykładem może być telepraca, mocno lansowana i chwalona pod niebiosa jako szansa na zatrudnienie dla osób niepełnosprawnych. Zgodnie z kodeksem pracy, to pracodawca ma obowiązek dostarczyć niezbędny sprzęt do wykonywania pracy oraz go serwisować. Jeśli pracownik ma własny sprzęt, to pracownik powinien dostać ekwiwalent za jego użytkowanie. Firma ma też obowiązek dbanie o bezpieczeństwo BHP. Tyle teorii.

Praktyka jest oczywiście inna. Kiedy zatrudniasz się jako telepracownik, nie licz, że firma dostarczy ci sprzęt. Nawet się o to nie będzie pytać – musisz mieć swój komputer i już. Oczywiście wyrażasz zgodę na eksploatację sprzętu, a pracodawca płaci ci ekwiwalent – tak jest na papierku, który podpisujesz, bo żadnych pieniędzy nie zobaczysz.

Szkolenie BHP jest na podobnej zasadzie. Podpisujesz odpowiednie oświadczenie, szkolenie się odbyło (czyli go nie było) i wszystko formalnie jest dobrze.

Czasem do wykonywania pracy potrzebujesz informacji. Niektóre firmy szukają pracowników do uzupełniania baz danych np. o przetargach. Do niektórych informacji dostęp jest płatny. Oczywiście ty za to płacisz, a pracodawca ci zwraca – tak jest na papierku, który podpisujesz. W rzeczywistości... tak zgadłeś – żadnych pieniędzy nie zobaczysz.

Pracodawca zatrudniając osobę niepełnosprawną ma obowiązek przestrzegania 7 godzinnej normy czasu pracy, tworzenia.... tak tak tak i tak dalej– podpisujesz odpowiedni papierek albo nawet nie, i sprawa jest formalnie załatwiona.

 

Ale jest Państwowa Inspekcja Pracy

 

Zapewne nie raz słyszałeś o Państwowej Inspekcja Pracy (PIP), która nadzoruje przestrzeganie praw pracowniczych, jakie to przepisy regulują jej działalność, są też przecież odpowiednie akty prawne, dyrektywy unijne itp. Tak, to prawda, PIP pomoże ci, jeśli twoje prawa są łamane. Tylko musi się o tym dowiedzieć. A PIP nie może być wszędzie. Poza tym, spróbuj upomnieć się o swoje prawa... i już nie pracujesz. Co prawda PIP gwarantuje ci anonimowość, ale jak w jednej firmie pracuje np. 2 pracowników, to raczej nietrudno wskazać tego, kto doniósł na firmę – ty albo ten drugi.

Sposobów na omijanie prawa jest dużo więcej. Jeśli drogi niepełnosprawny czytelniku, jakaś organizacja będzie ci mówiła o prawach jakie to niby ci przysługują, to będziesz mieć pewność, że nie mają pojęcia o czym mówią.