Nie mogłabym wyjąć rurek z ciała mojego dziecka i przyglądać się, jak kona – mówi matka, której syn od 26 lat jest w śpiączce. Chciałaby podać mu zastrzyk, po którym spokojnie zaśnie.


Pisała to, co jej przyszło do głowy. Słowa same składały się w zdania, jakby nie miała nad nimi mocy. Była na skraju załamania nerwowego. Nie spała całą noc, bo nie miała siły spać po niemal dziesięciu godzinach w szpitalu na warszawskich Bielanach z synem Krzysztofem Jackiewiczem, po 26 latach walki o zmniejszenie jego cierpienia w śpiączce, położyła się i leżała przez kilka godzin bez ruchu. Nad ranem wstała, usiadła do stołu i zaczęła pisać długopisem na zwykłej kartce papieru. To było 19 maja tuż przed ósmą, inne matki odwoziły dzieci do szkoły albo przedszkola, jeszcze inne biegły niańczyć wnuki. A ona zdecydowała się napisać list do sądu rejonowego na Żoliborzu w Warszawie. Pierwsze zdanie brzmiało: "Zwracam się do sądu z wielką prośbą i błaganiem na wydanie zezwolenia wykonania eutanazji mojemu synowi Krzysztofowi Jackiewiczowi, który leży w śpiączce od 26 lat. Cierpienia jego są ogromne". Tu zawahała się, bo chciała pisać i pisać, ale wiedziała, że nawet na 20 kartkach papieru nie jest w stanie streścić tych dni i nocy, kiedy siedziała przy nim i co pół godziny przewracała go na drugi bok, żeby zaleczyć odleżyny do kości.


Więcej na stronie Onet.pl (Newsweek)