90 proc. badań patomorfologicznych w przypadku chorób nowotworowych trzeba powtarzać lub poszerzać, a co piąta diagnoza jest błędna. Są też sytuacje, że na nowotwory leczy się ... zdrowe osoby! Takie wnioski płyną z raportu Najwyższej Izby Kontroli - pisze Dziennik Gazeta Prawna.


Gazeta przytacza wyniki kontroli NIK dotyczącą stanu polskiej patomorfologii. Wynika z niej, że nie ma standardów badań, brakuje specjalistów oraz finansowania. W efekcie chorzy są leczeni "na czuja" przez co tracą szansę na wyleczenie.

 

Diagnostyka patomorfologiczna jest tym ważniejsza, iż nowotwory złośliwe stanowią narastający problem zdrowotny, społeczny i ekonomiczny polskiego społeczeństwa. Liczba zachorowań w Polsce, w ciągu ostatnich trzech dekad, wzrosła ponad dwukrotnie. Nowotwory złośliwe stanowią drugą najczęstszą przyczynę zgonów w Polsce, powodując w 2017 r. ponad 26 proc. zgonów mężczyzn i 23 proc. kobiet.

 

Brakuje dobrego rozpoznania, więc część terapii, które mogłyby przedłużyć życie lub wyleczyć, w ogóle nie jest stosowana - powiedział gazecie jeden z onkologów. Jak wskazuje prof. Piotr Rutkowski z warszawskiego Instytutu Onkologii, jednym z przykładów są programy lekowe w raku płuca. W części ośrodków pieniądze są, ale nie ma pacjentów. Nie dlatego, że nie chorują, po prostu nikt ich odpowiednio nie zdiagnozował.

 

Optymalny czas wynosi od 24 do 48 godzin, w zależności od wielkości materiału. Jeśli został pobrany podczas operacji, powinien od razu trafić do zakładu, gdzie zostanie opisany. Niestety nie wszystkie szpitale dysponują zakładem patomorfologii. To sprawia, że badania są outsourcingowane. Mija więc nawet kilka dni, gdy zostaną przekazane do laboratoriów. To ma znaczenie dla jakości uzyskanego z nich wyniku. 

 

Niestety, zleceniodawcy badania, czyli szpitale, nie są zainteresowane pełnym możliwym wynikiem, jaki można uzyskać z materiału pobranego od pacjenta. Powód jest prosty, bo jest za drogo. Dzieje się tak zwłaszcza w przypadku placówek, które nie specjalizują się w leczeniu nowotworów. Wówczas oczekują podstawowej diagnostyki, bo pełna za bardzo obciążyłaby ich finansowo. Chcą jedynie wiedzieć, czy chory „ma raka”. Jednym słowem, oczekują podstawowej informacji. W efekcie często trzeba badanie powtórzyć, jeżeli ktoś chce włączyć bardziej celowane leczenie.


Przyjeżdżają do nas pacjenci, a w papierach diagnoza: rak piersi albo rak płuca, i tyle. Nie da się w ten sposób rozpocząć dopasowanego leczenia - stwierdził prof. Rutkowski. Gazeta podkreśla, że badania trzeba powtarzać, co opóźnia diagnozę i generuje dodatkowe koszty. 5 proc. wycinków nie nadawało się już do powtórnej diagnozy. W części zaś badanie tylko poszerzono, ale w 20 proc. przypadków okazało się, że nawet ta wstępna diagnoza była po prostu błędna.

 

Po kontroli NIK wyliczył główne problemy: brak odrębnego finansowania diagnostyki patomorfologicznej, nierównomierne rozmieszczenie zakładów wykonujących badania oraz powszechny ich outsourcing, deficyt specjalistów.

 

Gazeta podaje, że resort zdrowia dostrzega problem. Przewiduje m.in. prace nad standardem opisu wyniku badania patomorfologicznego.

 

// Klara Klinger, Patrycja Otto, Chorzy na raka leczeni na czuja: Błędne diagnozy, zgubione wycinki i badania, które trzeba powtarzać, Dziennik Gazeta Prawna z 28 września 2020


// NIK o organizacji, dostępności i jakości diagnostyki patomorfologicznej, nik.gov.pl z 28 września 2020